Interesujesz się grami wideo? Chciał(a)byś pisać artykuły, recenzje gier?

Zapraszamy Cię do naszego zespołu!

Więcej informacji

Pixel Dungeon - wspominki

Gondol037
ℹ Nasz zespół składa się obecnie z 7 autorów. Szukamy osób, które interesują się grami wideo (pisanie tekstów, tworzenie filmów itp.) więcej informacji

Wypadałoby na początek wspomnieć, że raczej nie należę do osób starszych. Nie pamiętam, jak za młodu chodziłem na stadion dziesięciolecia kupować VHSy do Amigi, nie miałem styczności z dinozaurami ani nie płakałem po papieżu. Pegasusa akurat miałem, proszę, nie wciskajcie już ludziom w internecie, że jak ktoś się urodził po 1999, to nie wie, jak wygląda telewizor kineskopowy, bo to są ogromne bzdury, którymi co najwyżej podbudowują sobie ego dzieciaki lat dziewięćdziesiątych urodzone 2 lata przed ich końcem.

Ale o co mi chodzi - jak tak sobię pomyślę, to Pixel Dungeon towarzyszyło mi, przynajmniej gdzieś tam z boku, przez nie tak mały fragment mojego życia. Jeszcze w czasach, gdy nie miałem w domu bezprzewodowego internetu, z którego mógłbym korzystać na urządzeniach mobilnych, i chwilę po dorwaniu w swe ręce pierwszego smartfona przy okazji wizyty u babci, mającej wówczas internet, który ja uważałem za szybszy od światła (jakże się myliłem), pobrałem rogalika - grę o założeniach wtedy jeszcze przeze mnie rzadko spotykanych - polecanego w pewnym czasopiśmie growym z nazwą zaczynającą się na CD, a kończącą Action.

Oczywiście jako 5 lat młodszy niż obecnie dzieciak mogłem się pochwalić angielskim jedynie na poziomie umożliwiającym mi swobodne granie u progu grywalności - a może i odrobinę pod progiem. Nie zgłębiając, tak prostych przecież, mechanik gry dawałem radę dojść co najwyżej do 5 poziomu lochów. Z ponad 20.

Dla wtajemniczenia niewtajemniczonych - mechanika nie jest jakaś niezwykła jak na turową grę tego gatunku. Mamy do czynienia z generowanymi losowo poziomami, ale i gwarancją wystąpienia pewnych zdarzeń z puli na określonych poziomach i oczywiście pojedynków z bossami, którzy co 5 poziomów strzegą wejścia do kolejnego rodzaju lochów. Ekwipowanie zbyt ciężkiego wyposażenia, myląc ciężar broni z zadawanymi przez nie obrażeniami, niewiedzenie, do czego służą dane zwoje lub mikstury, mylenie ich zastosowań, a nawet używanie pożywienia wymaganego do zaspokojania głodu, który również nam towarzyszy, jako, dość słabych swoją drogą i wymagających na spożycie więcej czasu, głównych substancji leczących. Świetnym graczem nie byłem i po jakimś czasie odbiłem się od gry, wracając do niej czasem, ale wciąż nie dażąc jej należytym zrozumieniem. Gdy już je nabyłem, okazało się to za późno. Jakąś tam pierdółkowatą gierkę na telefon wymazały inne tytuły - większe produkcje na pełnoprawne platformy wraz z indykami wydającymi się mi ogromnym objawieniem po instalacji routera w salonie dwie ściany obok i pobraniu Steama. Na jakiś czas przestałem, no może zaliczając jakieś mniejsze powroty, posiadając już większe umiejętności poznawcze, ale nie przystępując do badania odpowiednio.

W końcu nadszedł czas szkoły średniej. Duża liczba grup językowych i inne czynniki związane z rozkładem zajęć sprawiły, że każdy uczeń przynajmniej ten jeden raz zamiast zwyczajnych zajęć edukacyjnych miał w planie godzinę do przesiedzenia w szkolnej czytelni lub auli do wszelkich ogłoszeń, zakończeń, rozpoczęć itd. Ja ze względu na wybrany profil i inne takie miałem tych niepracowitych godzin więcej niż przeciętny uczeń. Owszem, mogłem sobie w trakcie okienka odrobić (czyt. przepisać z internetu) zaległą lub zadaną chwilę wcześniej pracę domową, ale zajmowało to zwykle nie więcej niż kilkanaście minut. A co z resztą czasu? Przeglądanie internetu wydało się ciekawą formą spędzania go, lecz i temu stanęła na drodze przeszkoda - słabe połączenie z internetem. No to cóż - pobieramy gierki na wszelki wypadek. Coś, co mało waży i nie jest zbytnio angażujące, a jednak nieco bardziej skomplikowane niż klikacze? Wszyscy wiemy, co jako pierwsze mi przyszło do głowy.

Nieangażujące i zajmujące czas dla samego zajęcia czasu klikanie nie tylko rozbudziło moje zainteresowanie grą, ale też wywołało ambicje, by zajść w niej jak najdalej. Na domowym urządzeniu mobilnym z większym wyświetlaczem też zainstalowałem grę i walczyłem w niej na dwa fronty - w szkole, po prostu pykając, i w domu, gdzie spokojnym tempem wchodziłem w coraz to głębsze korytarze pikselowego labiryntu. W obu przypadkach znałem już nie tylko podstawowe mechaniki gry, lecz także te widoczne mniej powierzchownie. Rozgrywka w szkole pozwalała eksperymentować i odkrywać nowe rzeczy. W domu wiedzę tę praktycznie wykorzystywałem i... nie zauważyłem nawet, kiedy mój kontakt z grą powoli się urwał.

Owszem, nadal utnę sobie sobie raz na dwa tygodnie sesyjkę trwającą piętnaście minut, ale od niechcenia, bez płonącego we mnie zaangażowania, jakie jeszcze niedawno tańczyło tam w głębi. Może to tylko chwilowa wymuszona przerwa? A może znowu będę musiał czekać parę lat, by coś mi wmówiło, że powinienem zdobyć w końcu mityczny artefakt czekający na mnie na ostatnim poziomie? Nie wiem, ale mam nadzieję, że Pixelowy Dungeon da mi jeszcze o sobie znać.

Ciekawostka: nigdy przez te kilka lat nie pokonałem trzeciego bossa.

Ciekawostka kolejna: myślałem nad zrobieniem z tego tekstu obszernego wstępu do jeszcze większego faktycznego materiału o grze, ale by wyszła ściana tekstu, przez którą większość z czytelników nie zdołałaby się przebić. Może kiedy indziej gdzieś indziej.

zobacz więcej kategorii
Zobacz także: