Interesujesz się grami wideo? Chciał(a)byś pisać artykuły, recenzje gier?

Zapraszamy Cię do naszego zespołu!

Więcej informacji

Felieton - niekończenie gier edition

Pieknykapec
ℹ Nasz zespół składa się obecnie z 7 autorów. Szukamy osób, które interesują się grami wideo (pisanie tekstów, tworzenie filmów itp.) więcej informacji

W najnowszym CD-Action przeczytałem informację tak pewną, że oni sami jej nie potwierdzają. Chodzi o to, że podobno dwie trzecie graczy nie kończy rozpoczętych gier. I ewidentnie ja jestem w tej grupie.

Oczywiście to nie jest tak, że ten ułamek graczy w ogóle nie kończy gier. To bardziej średnia osób, które przeszły konkretny tytuł. Czuje to na własnej skórze. Tak wyraźnie to odczuwam, że nawet mogę wskazać sprawcę. Game Pass. Ten mały zbrodniarz ustanowił wynik z pierwszego akapitu. Sąd nie może być litościwy, trzeba go ukarać! Ale czy od razu się należy ścięcie? Ja Game Passa uważam za świetny wynalazek, przecież wydając parę złotych na prawie ciągłych promocjach mogę wypróbować dużą ilość nowych gier bez wydawania dwustu złotych… Zaraz, po co ja się niby cytuję, cały poprzedni felieton był o tym, temat skończony, pudełka górą! No właśnie nie do końca o to chodzi. Powoli. Game Pass ma bardzo dużo fajnych gier. Z tym się chyba zgodzicie. Wcześniej traktowałem go po prostu jako fajną możliwość wypróbowania gierek, by być może je później kupić. Ale teraz to się niestety zmienia… Jest AŻ tyle fajnych gier, że zawsze gdy zaczynam w jakąś grać patrzę: “ty, jest nowa, pobieram!”. No i w żadną nie gram porządnie. A wielu ciekawych gier nie ma też (przynajmniej na razie) w pudełkach. Tak więc - z czego właściwie wynika, to “napoczynanie gier”? W kontekście Game Passa - zapewne z dużej ich ilości w tej usłudze, każdy chce sprawdzić ich jak największą ilość, tak jak ja. Dobra, ale przecież (wbrew pozorom :D) nie każdy ma Xboxa a tym bardziej GroPrzepustkę. Jest jednak dużo innych usług, również na inne platformy, rozdawanie produkcji za darmo, early accessy… Za duży dostęp do gier, ewidentnie. Ale broń boże nie chodzi mi oto, że niby jak dwadzieścia lat temu kupiliśmy jedną grę, nawet średnią, ale za ciężko zarobione pieniądze to byśmy ją bardziej szanowali. Nie, ale sądzę, że teraz zbyt mało doceniamy dobre gry, po prostu szukając innych. Dobra, więc ostatnio grałem w:
Superhot, czyli bardzo znaną i bardzo fajną grę polskiego pochodzenia. Dla niewtajemniczonych: chodzisz czerwonym ludzikiem i strzelasz w inne czerwone ludziki. A, no i jak się nie ruszasz to czas płynie baaaardzo powoli, dość istotna mechanika. Tak naprawdę to jest ogromne uproszczenie, ponieważ w grze znajduje się prawdopodobnie ciekawa fabuła, ale jakoś tak były inne ciekawy rzeczy do ogrania. A poza tym jak nie patrzeć, choć nastawione na myślenie taktyczne, strzelanka, a ja nie mam cierpliwości ustawiać tych celowników wszystkich! Dalej! Marooners to przyjemna gra imprezowa stworzona, uwaga, mocne słowa, w Unity. Ale to jedna z tych dobrze zrobionych gier na tym silniku. Gramy online lub offline z innymi ludźmi lub botami. Ogółem rozgrywka opiera się o zmienianie minigierki w losowym momencie- biegniesz prosto do gościa, który się zablokował by go wepchnąć pod skałę, a tu naglę cyk! i trzymasz w ręku posąg który za chwilę wybuchnie i musisz wręczyć go komuś innemu. Redaktor KotEscobara na pewno potwierdzi jaką frajdę daje ta gra. No ale właśnie, to gra która bawi tylko gry grasz ze znajomym siedzącym obok i drącym ci się do ucha “Nie spychaj mnie!” czy coś w tym stylu. Bo żadnej kampanii nie ma (nawet nie wiem jak miałaby wyglądać), a online jakoś mnie nie kręci… Następny!

Grałem też w… Minecrafta. Nie, to nie żart. Skusiło mnie to dodanie produkcji do Game Passa, a więc sprawdziłem “po latach” co tam nowego dodali, bo ze zmianami zatrzymałem się na wersji 1.9, a teraz jest chyba 1.13 czy 14. Na początku ilość zmian trochę mnie przytłoczyła (no bo jak to nie mogę w spokoju wejść do wody, bo od razu mnie jakiś nieumarły zachodzi od dołu! Kto wymyślił to, że zombie żyją i w wodzie?), ale za chwilę przypomniałem sobie czemu ta gra jest taka świetna. Chodzi o swobodę. Nie, nie myślę o nieskończonym otwartym świecie. Minecraft może być jakąkolwiek grą jaką sobie zamarzysz. Survival? Rpg z celem w postaci pokonania dwóch bossów? Edytor świata? Symulator farmy? Zarządzanie wioską? A proszę cię bardzo. Ja akurat tym razem wymyśliłem to ostatnie. I po prostu wybrałem jakąś większą wioskę i postanowiłem, że będę jej bronić i ją rozbudowywać. “No tak, ale… przecież w Minecrafta wygrałem już dziesiątki godzin, co ja będę znowu w to tłukł?” pomyślałem i wyruszyłem do zakładki “Gry Xbox Game Pass” w poszukiwaniu nowych produkcji.

Ori and The Blind Forest. Jest to fajna gra. Platformówka. Metroidvania, ściślej mówiąc. Po bardzo ładnym wstępie zaczynamy sterować Orim- stworkiem z magicznego lasu, który wyrusza w poszukiwaniu jedzenia, no i by przepędzić z lasu potwory. Najlepsze co jest w tej grze to zdecydowanie grafika. 10/10, mówię wam. Ręcznie rysowane, szczegółowe grafiki, które idealnie pasują do klimatu gry. Z rozgrywką jest niewiele gorzej, ponieważ Ori porusza się zgrabnie i szybciutko, ale.. No właśnie, jest parę ale. Jak w każdej metroidvanii w pewnym momencie nie wiemy właściwie co mamy robić w tym otwartym świecie. I to mi się nie podoba, nie mogę grać bez żadnego poczucia progresu. Czasami jednak włączam to porostu by popatrzeć na ten piękny las.

I ostatnia i prawdopodobnie najlepsza gra z tej listy, czyli Outer Wilds (nie mylić z The Outer Worlds). Sterujemy nienazwanym z imienia kosmitą zamieszkującym planetę Drzewna Przystań. Jesteśmy uczestnikiem programu kosmicznego Outer Wilds. Za chwilę nasz pierwszy lot, trochę pogadamy z innymi przedstawicielami rasy, ale za chwilę już lecimy. Możemy się wybrać na jakąkolwiek planetę naszego układu i ją eksplorować… Flashbacki z No Man’s Sky? Trochę są to podobne gry, ale: po pierwsze w Outer Wilds mamy tylko jeden układ do zwiedzania, ale za to dopracowany, nie generowany losowo. Po drugie: tutaj nie musimy się przejmować nudnym i żmudnym zbieraniem surowców- jedyne elementy survivalowe to dbanie by nie skończyło się nam paliwo i tlen w skafandrze oraz naprawa statku przy ewentualnych usterkach. Po trzecie: mamy tutaj naprawdę ciekawą fabułę, a nie jakąś mocno pseudofilozoficzną. Po czwarte: po upływie dwudziestu dwóch minut lokalna gwiazda wybucha i zamienia się w supernową, a my umieramy i budzimy się przy tym samym ognisku co na początku. Ta niepozorna mechanika okazuje się doskonała. Od razu nasuwa się pytanie dlaczego tak się dzieje? Tą właśnie tajemnicę mamy rozwiązać. Ale jak skoro cały nasz postęp wykasuje się po dwudziestu dwóch minutach? Otóż niecały, ponieważ zapiski w naszym dzienniku pokładowym, a poza tym my cały czas pamiętamy co się działo wcześniej ;). A dwadzieścia parę to idealny podział czasu na krótką partyjkę, odnalezienie jednej nowej poszlaki, czy zwiedzanie nowej lokacji. Ja chętnie bym nawet napisał tego recenzję… ale jak słyszę, że napisy końcowe zobaczymy dopiero po kilkunastu godzinach zabawy, a u mnie ten czas zawsze jest o parę jednostek czasu dłuższy to… jakoś mi się odechciewa. Kończmy gry, bo warto.

zobacz więcej kategorii
Zobacz także: